Było samo południe. Słońce parzyło moją skórę. Żar lał się z nieba. Powietrze było ciężkie i nieruchome. Żaden powiew wiatru nie poruszał koronami drzew. Zapanował dziwny bezruch, jakby natura czekała na to starcie.
Byłyśmy tam we dwie. Ja, stojąca nieruchomo, spokojna, opanowana, ona pełna energii, przestępująca z nogi na nogę, niecierpliwa.
Nie chciałam tej walki. Doskonale widziałam że ją wygram, lecz Loca się uparła. Powiedziała że jestem nowa, że chce mi pokazać kto tu rządzi. Niedoczekanie. Nikt, nie będzie mną rządził. Nikt.
- To co zaczynamy? - zapytała niecierpliwie Loca.
Spojrzałam na nią z litością:
- Jak chcesz - rzuciłam jedynie.
Wyraźnie ją to zdenerwowało. To była jedna z jej słabości. A uwierzcie, znałam je wszystkie. Obserwowałam ją przez ostatni tydzień. Badałam jak się zachowuje, co ją denerwuje, co ją peszy. Wiedziałam o niej więcej niż ktokolwiek inny. I właśnie to że można ją łatwo wkurzyć było jej słabością. Zdenerwowanie konie łatwiej popełniają błędy.
Na środek wyszedł Demon:
- Dobrze. Mam nadzieję że znacie zasady? Zakazuje się oszukiwania, okaleczania i uśmiercania przeciwnika. Przegrywa koń który się podda bądź zemdleje.
Na mój znak: 3, 2, 1! Zaczynamy - krzyknął, po czym wycofał się z polany.
Przyglądałam się jej dokładnie, sprawdzając co zrobi najpierw. Mogłam spokojnie zgadywać że postanowi zaatakować mnie wiatrem.
Nie pomyliłam się. Po kilku sekundach krzyknęła do mnie:
- I co, będziesz tak stać cały dzień?! Chodź tu i walcz! - ruszyła w moją stronę, przywołując do siebie wiatr.
Wysłała w moim kierunku pierwszą kule wiatru, którą spokojnie odepchnęłam moją mgłą.
- Wiesz Loca, słyszałam plotki że jesteś tylko słabą, małą klaczką która uciekła z hodowli. To prawda? - zapytała szyderczo, idealnie mierząc w jej czuły punkt.
Zarżała z frustracji i ruszyła w moją stronę ciskając we mnie powietrznymi kulami.
Jednak, jej atak był bezładny i chaotyczny więc obrona przed nim była dla mnie dziecinną igraszką.Zauważyłam że zaczęła się pocić i ciężej oddychać. Męczyła się. To był idealny moment żeby zaatakować. Przywołałam kilka zmarłych koni. Kazałam im zrobić mur, wokół klaczy, tak aby nie mogła uciec na boki. Podeszłam do niej niespiesznie, czasami schodząc z drogi jej nieudolnym atakom powietrznym. Stanęłam przed nią, przerażająca, z falującą czarną grzywą i czerwonymi, żarzącymi się oczami.
- Loca, daję ci ostatnią szansę. Możesz się poddać teraz i wszystko skończy się miło, albo dalej ciągnąć tą idiotyczną walkę - patrzyłam na nią znacząco.
- Nigdy się nie poddam! - parsknęła ze złością, tupiąc kopytami.
- Jak chcesz, twój wybór - rzuciłam obojętnie.
Spojrzałam w dół.
- Set, nigdy cię o nic nie prosiłam, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Mógłbyś, no nie wiem, może dać mi trochę mocy? - o
poprosiłam w myślach mojego brata.
Nic się nie stało, ale i tak postanowiłam działać.
Zamieniłam się w kruka i... zaczęłam rosnąć.
Pokryłam się łuską, zamiast dzioba pojawił się pysk najeżony ostrymi zębami. Wyrosły mi przednie łapy, a tylne wydłużały się, nabierały mięśni. Skrzydła zgubiły pióra. Z grzbietu wyrosły mi ostre kolce. Tak, zamieniłam się w smoka. Sama byłam pod wrażeniem.
Loca wpatrywała się we mnie z niedowierzaniem
- Jak ty... jak... co tu się stało?! - zapytała drżącym głosem - ty nie potrafisz robić takich rzeczy!
Prychnęłam, posyłając w powietrze kłęby dymu.
- A jednak potrafię - odpowiedziałam, głosem który doskonale roznosił się po lesie.
Złapałam ją pazurzastą łapą, i uniosłam na wysokość pyska.
Delikatnie ją ścisnęłam, a ona wydała jęk.
- Czy teraz się poddajesz? - zadałam pytanie, po raz drugi.
Spojrzała na mnie oczami okrągłymi z przerażenia.
- Nie - jej głos był wyjątkowo mocny i silny.
Westchnęłam z irytacją. Mogłam się tego spodziewać. Była bardzo odważna, na granicy z brawurą.
- Sama tego chciałaś. Tylko się nie szarp - Nie chciałam jej pozbawiać przytomności. Chciałam żeby błagała mnie o litość, chciałam jej pokazać że to JA tutaj żądzę.
Ścisnęłam ją mocniej, aż jej żebra zatrzeszczały. Powoli zbliżałam jej głowę w stronę mojego pyska, pełnego ostrych, niebezpiecznych kłów.
Gdy zdała sobie sprawę co chce zrobić, zaczęła machać nogami wić się w moim uścisku. Niestety (dla niej) miałam teraz około 5 metrów, a takie ciało musi być silne.
Już, już zaciskałam szczęki na jej szyi gdy usłyszałam jej przerażony krzyk:
- Dobra! Wygrałaś! Poddaję się! - jej głos był o oktawę wyższy.
Uśmiechnęłam się z zadowoleniem i odstawiłam ją na ziemię.
- No, tak lepiej - pomyślałam gdy na powrót stałam się koniem. Złapały mnie zawroty głowy i dopadło niesamowite zmęczenia.
Zamiana w smoka jest bardzo energochłonna.
Na polanę wyszedł Demon patrząc na mnie wielkimi oczami:
- Wygrywa... Czarna Wdowa! - wykrzyczał.
Stałam spokojnie, parząc wyzywająco na Locę. Ona jednak uparcie wpatrywała się w ziemię. Cała jej energia i odwaga wyparowały. Uśmiechnęłam się drapieżnie. Jak już mówiłam nikt nie będzie mi rozkazywał.
By
Czarna Wdowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz